To fix a watch, you must first think

10 Jul, 26
To fix a watch, you must first think
To fix a watch, you must first think

Od samego początku podobał mi się dobrze zorganizowany świat szwajcarskiego zegarmistrzostwa

— mówi Maciej Trzosek, zegarmistrz, szef serwisu Wrzeciona Czasu.

Jak wyglądała Pana droga do zegarmistrzostwa?

Od dziecka interesowało mnie, w jaki sposób działają różne urządzenia. Rozkręcałem zabawki i sprawdzałem, co jest w środku, a następnie z powrotem je skręcałem. I nawet działały (śmiech). Mój ojciec, Henryk, po zakończeniu edukacji, w 1962 roku zatrudnił się w zakładzie przy ulicy Puławskiej 96, a następnie przeniósł się do pracowni w Alejach Niepodległości. W roku 1990 wrócił na Puławską, gdzie praktykuje do dziś. O tym, że też chcę być zegarmistrzem, zdecydowałem dość wcześnie i była to moja niezależna decyzja. Pierwsze zegary naprawiałem już jako szesnastolatek, czyli w czasie, gdy rozpocząłem naukę zawodu. Po skończeniu szkoły zegarmistrzowskiej rozpocząłem praktykę w zakładzie ojca. Było to również w 1990 roku.

Początki bywają trudne, a jak było w Pana przypadku?

Zaczynałem od naprawy prostych mechanizmów w zegarach do rejestracji czasu pracy. Piłowałem koła i wstawiałem zęby (śmiech). Później zająłem się konserwacją i naprawą zegarów ściennych. Razem z ojcem bywałem na salonach prezydenckich, dbając o zegary w Belwederze i Pałacu Namiestnikowskim. Przy tej okazji miałem zaszczyt poznać kolejnych prezydentów Polski. Na tym wczesnym etapie zegarmistrzowskiej kariery zajmowałem się także budzikami, w których wymieniałem łożyska. W 1998 roku, chcąc zyskać nowe doświadczenia, opuściłem rodzinny zakład i rozpocząłem pracę najpierw dla Flume by Kurowski, a następnie dla La Boutique Suisse przy ulicy Chmielnej. Tam lepiej poznałem sławne marki, takie jak Omega czy Longines. I właśnie tam naprawiłem pierwszy zegarek Patek Philippe.

Skąd czerpał Pan wiedzę potrzebną do pracy?

Od samego początku podobał mi się dobrze zorganizowany świat szwajcarskiego zegarmistrzostwa. Dlatego wyjeżdżałem na kursy do Szwajcarii. Tamtejsze manufaktury, w których zwraca uwagę wyjątkowa sterylność, stanowią wzór jakości. Jako młody człowiek z zachwytem zwiedzałem fabryki i serwisy zegarmistrzowskie. Szczególnie pamiętam wizytę w Wiedniu, kiedy odkrywałem markę Breitling.

Do dzisiaj szkolenia zagraniczne są fundamentem rozwoju w mojej pracy. Trzeba tu dodać, że każda światowa marka ma własne standardy kształcenia, podczas którego przechodzi się kolejne etapy: od prostych napraw po skomplikowane operacje. W czasach, gdy oryginalnych elementów w Polsce brakowało, rolą zegarmistrza było również ich dorabianie. Dziś korzystam już z autoryzowanych narzędzi i części, o które w przeszłości było trudniej.

Laikowi nasuwa się pytanie, jak działa zegarek?

Zegar to cały mechanizm, gdzie podstawą jest sprężyna, nakręcana ręcznie lub automatycznie. Innymi kluczowymi elementami mogą być kotwica lub balans. To właśnie balans spowalnia ruch obrotowy, dzięki czemu zegarek działa dokładnie i wskazania na tarczy są bardziej precyzyjne. Dodatkowe komplikacje, jakie może mieć zegar, to datownik czy fazy księżyca. Przy współczesnej zaawansowanej technologii naprawa mechanizmów jest niemożliwa bez mikroskopu, ponieważ tak małe części wymagają wyjątkowej precyzji. Dziś wiele mówi się o tym, że zegarmistrz to zawód umierający i rzeczywiście – w Polsce niedawno zamknięto ostatnie szkoły zegarmistrzowskie. Jednak zapotrzebowanie na usługi nadal jest, a młodzi ludzie, którzy są zainteresowani tym zawodem, próbują uczyć się z nagrań dostępnych w sieci.

Samouctwo to nie zawsze klucz do sukcesu, prawda?

Wielu adeptów zegarmistrzostwa może się pochwalić długim CV i bogatym portfolio, ale w praktyce ich umiejętności bywają niedostateczne. Na szczęście istnieją też utalentowani pasjonaci, którzy z naprawy zegarków czerpią satysfakcję i – co ważne – podchodzą do tego z głową. Zegarmistrzostwo to trudny i wymagający zawód, jak to się mówi: „albo to kochasz, albo nienawidzisz". Nasze rzemiosło bywa naprawdę niewdzięczne. Czasem, aby naprawić nawet prosty mechanizm, trzeba się nieźle napocić. Oprócz wiedzy nieocenione są intuicja i wyczucie, które przychodzi z doświadczeniem. Zegarkowi może zaszkodzić nawet jedna kropelka oleju za dużo — wyczucie ogromnie się więc przydaje. Aby być zegarmistrzem, trzeba łączyć wiele cech i umiejętności. Kochać to, co się robi, i mieć w tym źródło przyjemności — bez tej przyjemności praca nie może iść dobrze.

Jak długo pracuje Pan dla Wrzeciona Czasu? Dlaczego wybrał Pan akurat to miejsce?

Pracuję tu od dziesięciu lat. Ta przestrzeń, stworzona przez Dariusza i Monikę Kocięckich, jest najlepszym w Polsce sklepem z zegarkami pre-owned oraz autoryzowanym serwisem topowych marek, takich jak IWC czy Panerai. Pasja do zegarków, dzielona z Dariuszem, zaowocowała naszą przyjaźnią.

Niedawno w serwisie Wrzeciona Czasu naprawiłem jeden z wielu tysięcy zegarków. Wspominam o nim, ponieważ tradycją jest to, że co tysiąc zleceń jedno realizujemy gratisowo. Był to model Omega Seamaster o dobrym stanie zewnętrznym, z pięknie zachowaną bransoletą. Przez dwadzieścia lat leżał jednak na dnie szuflady i po prostu nie działał. Naprawa wymagała więc wyjątkowego zaangażowania oraz sporego wysiłku, również intelektualnego. Tu mogę przytoczyć powiedzenie, które czasem powtarzamy sobie w pracowni: aby naprawić zegarek, trzeba najpierw pomyśleć. Muszę przyznać, że satysfakcja, kiedy mechanizm zaczął działać, była ogromna.

Egzemplarze wymagające najbardziej skomplikowanej naprawy odsyłamy jednak do manufaktur, czyli tam, gdzie dany zegarek powstał. W wielu z takich miejsc nie przyjmuje się zleceń od indywidualnych klientów, więc jesteśmy pośrednikiem między właścicielem a marką.

Teraz Wrzeciono Czasu otwiera butik na Mokotowskiej.

Cieszę się z przeprowadzki na Mokotowską, w bliskie okolice placu Trzech Krzyży. Wcześniej pracowałem w Śródmieściu, a na Mokotowskiej i Wiejskiej mam znajomych zegarmistrzów. Razem z moim zespołem będziemy wykonywać naszą pracę na oczach ludzi — jako pierwszy w Polsce zegarmistrzowski i jubilerski open kitchen. Witryna od strony ulicy Mokotowskiej szczególnie mi się podoba, ponieważ w pracy lubię dzienne światło, nawet jeśli słońce świeci bardzo mocno. Ponadto bezpośredni kontakt z ludźmi sprawia mi dużą radość. Wiem, że twórcy marki Montresor i Wrzeciono Czasu zaprojektowali to miejsce tak, aby oddać szacunek rzemiosłu. Sprawili, że na ulicy Mokotowskiej jest ono teraz na wyciągnięcie ręki. Zarówno sam pomysł, jak i jego realizację oceniam bardzo wysoko. W moim życiu zegarmistrza zaczyna się więc nowy rozdział, w dodatku powiązany z okolicą, która jest piękna o każdej porze roku.

Jaki zegarek ma Pan dzisiaj na ręku, a jakie zostały „w szufladzie"?

Dziś założyłem szwajcarski zegarek marki Parmigiani Fleurier. A pierwszym luksusowym modelem, którego stałem się właścicielem, był Girard-Perregaux – z niebieską tarczą, trzema wskazówkami i datownikiem. Zdecydowałem się wtedy na zakup, mimo że wiązało się to z wieloma wyrzeczeniami. Mam ten zegarek do dzisiaj i wciąż darzę go dużym sentymentem.

Czy ma Pan jeszcze jakieś zawodowe marzenia?

Moim dotąd niespełnionym marzeniem jest wizyta w fabrykach Montres Breguet. To jedna z najstarszych manufaktur zegarków na świecie, która produkuje ograniczoną liczbę egzemplarzy rocznie. Przez lata mieściła się na terenie Francji, ale w 1976 roku przeniesiono ją do Vallée de Joux w Szwajcarii. I właśnie tam z Mokotowskiej chciałbym dotrzeć.